Kurier.BB – Gazeta Miejska
Miła "Boska" i dworski skandalik
Miła "Boska" i dworski skandalik

Niedawna premiera w Teatrze Polskim była miłym zaskoczeniem. A szedłem tam z obawą.

Sztuki takie jak „Boska!” należą do repertuaru użytkowego. Mają być proste w odbiorze i stwarzać okazję do popisu aktorskiego. Od aktorów wymagają rzemieślniczej sprawności, niekiedy na wysokim poziomie. Od widza wymagają niewiele. Czasem to teatralne mózgotrzepy – farsy, czasem trochę bardziej subtelne komedie. Łączy je jedno: każdy na widowni jest lepszy i bardziej mądry od wszystkich bohaterów na scenie, tak są pomyślane. I drugie: wystawia się je „dla miłego grosza”. 
Do artystycznego odmóżdżenia lepsze są bezpretensjonalne filmy w rodzaju „Sharknado”. Staram się unikać oglądania przedstawień zrobionych dla mamony. Rzetelna realizacja takiego widowiska wymaga niemal takiego samego wysiłku i umiejętności, jak projekty istotne artystycznie, ale czy warto tracić dla nich czas? Co gorsza najczęściej natykamy się w tej dziedzinie na płody tworzone według osławionej sentencji „ciemny lud to kupi”. Celują w tym zwłaszcza „teatry busikowe”: cyniczne przedstawienia ze szczątkowym, łatwym w transporcie surogatem scenografii, z udziałem znanych twarzy z filmu i telewizji, nawiedzające prowincjonalne centra kultury, żeby bez wysiłku zarabiać dudki. Odbierałbym za to dyplomy. Na ich widowni zamiast „ciemnego ludu” (którego nie stać na bilety, których cena nieraz przekracza stówę) bryluje lokalna elita urzędnicza i biznesowa, łudząc się, że w ten sposób uczestniczy w kulturze. Takie wątpliwe dzieła trafiają też na afisz stacjonarnych teatrów. Zresztą nie tylko w tzw. terenie.
W „Boskiej!” jest materiał na popis aktorski, ale pod pozorem sentymentalnej opowieści realizowana jest farsowa zasada: widz dowartościowuje się, oglądając  historię osoby skrajnie nieutalentowanej muzycznie, która mimo to, dzięki odziedziczonym milionom, realizuje swoje marzenia o karierze śpiewaczki. Grafomania (tu w wersji muzycznej) to rodzaj defektu psychicznego, objaw patologicznego braku samokrytycyzmu. Jest śmieszna, ale czy wypada nam z takich osób się śmiać? To przyjemność cokolwiek niezdrowa. „Złe sobie daje świadectwo, gdy kto wyszydza kalectwo” – pisał już dawno temu Boy w wierszyku o Franiu, co „lubił widzieć u siostrzyczki, kiedy zdejmuje spódniczki”.
Tymczasem reżyser Paweł Szkotak – przypomnijmy, nie tylko długoletni dyrektor Teatru Polskiego w Poznaniu, ale przede wszystkim twórca renomowanego Teatru Biuro Podróży, który w roku swojego trzydziestolecia znowu święcił triumfy na festiwalu w Edynburgu – potraktował „Boską!” jako wyzwanie artystyczne. Może dlatego, że jak głosi plotka, kiedy usłyszał tę propozycję od dyrektora teatru, w pierwszej chwili pomyślał, że chodzi o dzieło Dantego czy Krasińskiego? W każdym razie jego praca w Teatrze Polskim może być wzorem uczciwego podejścia do widza i do sztuki teatru. Reżyser nie uronił niczego z rozrywkowych walorów sztuki, nie próbował jej „dekonstruować” czy obśmiewać, na zasadzie „robię to, bo muszę, ale wolałbym co innego”. 
Zgodnie z tym, czego można było oczekiwać, bielska „Boska!” jest popisem aktorskim. Zarówno odtwórczyni głównej roli, Beata Olga Kowalska, jak i wykonawcy pozostałych ról: Grzegorz Margas, Tomasz Lorek, Marta Gzowska-Sawicka, Wiktoria Węgrzyn i Maria Suprun, wykonali swe sceniczne zadania znakomicie. 
Prawdziwym zaskoczeniem jest jednak to, co zostało do przedstawienia dodane przez realizatorów: niezwykłe plastycznie i choreograficznie sekwencje pomiędzy scenami. Przestrzeń budowana konsekwentnie, gustownie i dowcipnie przez scenografa Damiana Styrnę żonglującego motywami z nowojorskiej architektury, typografii i wzornictwa początków dwudziestego stulecia, została wypełniona świetnymi animacjami, integralnie (co bardzo rzadkie) związanymi z estetyką spektaklu. Ożywiają ją działania Tancerzy (Mateusz Wojtasiński, Karol Pruciak, Sławomir Miska, Rafał Sawicki, Katarzyna Gocał, Flaunnette Mafa) obmyślone przez choreograf Iwonę Runowską. Techniczne czynności (ustawianie elementów scenografii do kolejnych scen) zostały przetworzone w precyzyjne etiudy taneczne. Tak oto zwykłe zmiany dekoracji stały się magiczną opowieścią o amerykańskim śnie, której częścią jest historia Florence – wokalnej grafomanki. Sprawdźcie sami, warto.
Z tekstu opublikowanego przez jeden z bielskich portali można się dowiedzieć, że na premierze doszło do „skandalu”. Oto z powodu jakiegoś niedowładu organizacyjnego pani recenzentka była dwa razy przesadzana z miejsca na miejsce. Dyrektor teatru co prawda po spektaklu przeprosił publicznie widzów za te niedogodności. Pani redaktor została ponadto indywidualnie przeproszona przez pracownicę obsługi sceny, jednak poczuła się obrażona – i przesadzaniem, i tym, że nie podszedł do niej dyrektor. W związku z czym obiecała na łamach, że nie będzie już pisać o pracach Teatru Polskiego. Ten ekscesik jest symptomatyczny dla dworskiego sposobu myślenia o kulturze, jaki wytworzył się w pewnych kręgach naszego miasta. Autorka sądzi, że należą jej się szczególne względy za to, że tworzy teksty, nazywane przez nią niesłusznie recenzjami, w których często własne opinie komponuje z reklamowych zapowiedzi wytwarzanych w teatrze przed premierą. Zapomina, że recenzent powinien być kompetentnym przedstawicielem widzów. To wobec nich ma obowiązki. Jeśli dostrzega, że jest problem z podejściem do publiczności, niech o tym napisze, a następnym razem sprawdzi, czy coś się zmieniło, choćby stojąc na drugim balkonie. Bo to naszym – widzów – jest sługą, a nie dyrekcji teatru.
Mam nadzieję, że redakcja tego ważnego portalu dobrze rozumie obowiązki mediów wobec kultury i nie dopuści do tego, żeby z trywialnego powodu zniknęły z pola widzenia działania jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych naszego miasta.
 
Janusz Legoń
 
Foto: Teatr Polski / Joanna Gałuszka
 


Lista Kultura
Strona główna

Reklama

Reklama

Reklama